Swastyka na czole wyryta

We wspólnej mogile pod Starogardem Gdańskim spoczęli obok siebie księża-Polacy i księża-Niemcy

„Z dwojga złego wolę las niż pole bitwy” – powiedział Merry Brandybuck, jeden z bohaterów Tolkienowskiej sagi „Władca Pierścieni”, gdy wraz z Pippinem Tukiem próbowali wymknąć się z rąk orków. Ta historia zakończyła się dobrze. W kraju Pomorzan las też miał ducha opiekuńczego. A z czasem Kaszubi, Kociewiacy i Borowiacy przemianowali na Matkę Bożą poczciwą Borową Cotkę.

Pamięci księdza Juliana Piechowskiego z Jabłowa, zamordowanego w Szpęgawsku 16 października 1939 r.

Starzy ludzie zachowali pamięć o tym, jak wyglądała Cotka: to miła staruszka, jej szata czerwona jak pień sosny i przepasana zielonym pasem z igliwia. Na czole ma diadem z szyszek, w lewej ręce dźwiga kosz z owocami lasu, w prawej kij, którym się podpiera. Ślad kultu Borowej Cotki przetrwał w ludowych pieśniach maryjnych, dlatego wiemy, że wystarczyło przewiązać się jej pasem, aby ochronić się przed robactwem.

Jesienią 1939 r. ten rytuał nie zadziałał. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Może pobożni Pomorzanie już o nim zapomnieli i weszli do lasu bez ochrony? Zamiast pasa Borowej Cotki pojawiły się pożółkłe liście, butwiejące igliwie i robactwo. Ta historia nie zakończyła się dobrze.

Las,gdzie się rozegrała, rozpościera się na horyzoncie. Dorastałem w jego cieniu. Z okien wieżowca widziałem linię drzew w oddali. Dziś nie mieszkam w wieżowcu, z okna widzę morze. Ale wciąż żyję w cieniu Lasu, który nazywa się Las Szpęgawski. Mimo wielu odwiedzin nie spotkałem w nim ducha Borowej Cotki. Za to w gąszczu natknąłem się na neogotycką kaplicę cmentarną barona von Paleske.

W Lesie są też inne groby. Gdy dorosłem, skojarzyły mi się z tymi z telewizji na murawie stadionu w Sarajewie. W jednym z takich wielkich grobów leży dziadek mojego taty. Nasz krewny, ks. Julian Piechowski, spoczywa w innym, razem z ponad trzydziestką starogardzkich braci męczenników.

Las, biorący nazwę od wsi Szpęgawsk, rozpościera się między Starogardem Gdańskim a Tczewem na powierzchni ponad siedmiu tys. hektarów. Oba miasta pretendują do rangi „stolicy” Kociewia – regionu, który jest mniej znany niż Kaszuby, ale nie mniej pomorski.

Przed wybuchem II wojny światowej Starogard był średniej wielkości miasteczkiem, jednak silnie rozwinięty przemysł lokował go wśród znaczniejszych ośrodków miejskich województwa pomorskiego. Na skraju miasta, w Kocborowie, funkcjonował nowoczesny szpital psychiatryczny, a bliżej centrum stacjonował 2. Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich. Żyli w Starogardzie autochtoni, polscy Kociewiacy, a także Polacy, którzy przybyli na Pomorze dopiero „gdy Polska wybuchła” w 1920 r., wreszcie Niemcy i Żydzi. Ze sobą, ale częściej obok siebie.

Jesienią 1939 r. Hitler ogłosił, że Pomorze „wróciło do niemieckiej ojczyzny”. Niemieccy ślusarze, kupcy i sklepikarze nałożyli opaski „Selbstschutzu” i zaczęli brać sprawy w swoje ręce. Najpierw wymordowali Żydów, potem przyszła kolej na Polaków.

Wśród oprawców prym wiodła młodzież, która nienawiść do tego, co polskie, wyssała zapewne z mlekiem matki. Genetyczna nienawiść Niemców do Polaków wyjaśnia prawie wszystko. Nie tłumaczy jedynie, dlaczego niektórzy z katów nosili nazwiska: Kaszubowski, Grabowski, Gierszewski, Konkel, Jutrowski, Świątek von Brzeziński, Danielski czy Maszkowski. Nie wyjaśnia również, dlaczego w masowych grobach obok Polaków z Kociewia i Kaszubów znaleźli się Niemcy.

Ale po kolei.

Duchowni zostali uznani przez hitlerowców za najbardziej niebezpiecznych agitatorów polskości na Pomorzu – obok nauczycieli, członków Polskiego Związku Zachodniego, urzędników z administracji państwowej i samorządowej. W dekanacie starogardzkim do gremialnej rozprawy z duchowieństwem przystąpiono nocą z 13 na 14 października 1939 r. Aresztowano wszystkich duchownych z wyjątkiem kilku księży emerytów – bodaj przez przeoczenie.

Dzięki zeznaniom kupca Franciszka Gołuńskiego z Sumina, złożonym po wojnie w sądzie grodzkim w Starogardzie, wiemy, kto odegrał kluczową rolę w aresztowaniach. 13 października około północy Gołuński usłyszał silnik ciężarówki. Półtorej godziny później zbudził go łomot do drzwi. Zobaczył dwóch mężczyzn, których znał sprzed wojny. Egon Sievert przebrany był w księżowskie szaty „tak, że na pierwsze wrażenie łudząco był podobny do księdza”, a Gerhard Wiechert „ubrany był w mundur podobny kolorem do tego, jaki nosiło przed wojną Wojsko Polskie”. Zapewne był to autentyczny mundur, bo hitlerowiec przed wojną służył jako podchorąży w pułku ułanów w Grudziądzu. Sievert był pracownikiem drogerii w Starogardzie, żonatym z Polką. Obaj zażądali pomocy w wyciągnięciu ciężarówki, która wpadła do rowu. Gdy okazało się, że Gołuński nie może im pomóc, poszli dalej.

Tymczasem przerażony Polak zastał na schodach skatowanego proboszcza z Sumina, ks. Reginalda Krzyżanowskiego. Zaproponował mu pomoc w ucieczce, ale ten mimo wybitych zębów, plując krwią i krztusząc się – odmówił. Nie chciał narażać na śmierć parafian. Opis cierpień zaznanych przez duchownego, liczącego wówczas 45 lat, jest zbyt drastyczny, by go przytaczać.

Po zarekwirowaniu we wsi koni, hitlerowcy wyciągnęli wóz z rowu i wrócili po ks. Krzyżanowskiego. Gołuński zapamiętał, że samochód pełen był odzieży należącej do duchownych. Część z niej odnalazła się potem w domu niejakiego Drewsa.

Akcja była dobrze skoordynowana. Oprócz duetu Sievert–Wiechert, znanego już z Sumina, udział w aresztowaniach brał Paul Drews: ślusarz-elektromonter, zatrudniony wcześniej w cukrowni w Pelplinie, członek NSDAP, jeżdżący po instrukcje do Gdańska. Od 5 września był szefem „Selbstschutzu” w Starogardzie. Organizacja ta służyć miała samoobronie Niemców przed rzekomym zagrożeniem polskimi bestialstwami. W rzeczywistości jej członkowie, znający polski i miejscowe realia, sporządzali listy proskrypcyjne, a później własnoręcznie mordowali sąsiadów. Drews jako przewodniczący starogardzkiego „Volksgericht” (tzw. sądu ludowego) został panem życia i śmierci tysięcy osób. Głównie śmierci.

O piątej trzydzieści rano przed budynek starogardzkiego więzienia zajechała ciężarówka, z której wyprowadzono 31 księży. Sievert i Wiechert przystrojeni w księżowskie birety i stuły, wspomagając się rewolwerami, ustawili duchownych w szereg. Naczelnik więzienia, SS-Unterscharführer Johann Wilhelm Fast nakazał strażnikowi Biernackiemu rozmieścić aresztantów w celach. Podobnie jak nowy starosta starogardzki Erwin Johst, Fast był obywatelem gdańskim. Księży pojedynczo doprowadzano do jego biura, gdzie poddano ich wstępnej rejestracji, co trwało około godziny. Przez cały dzień duchownych pozostawiono samym sobie. Bicie zaczęło się wieczorem.

Czternastego, pół godziny przed północą, a więc dobę po rozpoczęciu akcji aresztowań, do więzienia prócz naczelnika Fasta i starosty Johsta przybyli hitlerowski burmistrz miasta i właściciel drukarni „Danziger Vorposten”. Fast, z zawodu szewc, znany był z tego, że pił jak szewc. A kiedy pił, to i bił.

Jedynym duchownym, który nie został skatowany, to Kaszuba ks. Ignacy Stryszyk, wtedy lat 40. W międzywojniu był proboszczem parafii wojskowej św. Piotra w Starogardzie i kapelanem 2. Pułku. Brał udział w wojnie 1939 r. i dostał się do niewoli. Po zwolnieniu z oflagu osadzono go w starogardzkim więzieniu. Życie zawdzięcza przytomności umysłu: jeńcy wojenni podlegali innemu prawu niż cywile.

Oddajmy głos ks. Stryszykowi, który zimą 1940 r. w obozie koncentracyjnym Stutthof opowiadał towarzyszom niedoli: „Siedziało nas w więzieniu starogardzkim przeszło trzydziestu kapłanów z terenu całego powiatu. (…) Widziałem ich i rozmawiałem z nimi. A przede wszystkim słyszałem w nocy nieludzkie jęki katowanych. Straszne to były noce! Pijani członkowie »Selbstschutzu« i SS noc w noc obchodzili celę po celi, wyszukując die verflüchten Pfaffen [przeklętych klechów]. Krzyki katowanych były tak przeraźliwe, że choć na wojnie niejedną grozę widziałem, niczym one były w porównaniu z rozlegającymi się jękami wśród ciszy nocnej w więzieniu. Mnie nie bili, bo ilekroć i do mojej celi się dobierali, meldowałem, że podlegam władzom wojskowym jako urzędujący major-kapelan wojsk polskich”.

W czasie spaceru na więziennym dziedzińcu w dniu egzekucji ks. Ignacy rozmawiał z większością aresztowanych. „Wszyscy byli spuchnięci od razów i skrwawieni. Jedni, świeżo bici, byli fioletowo-krwawi, inni mieli ręce i twarze czarno-sine”. Szczególną litość wzbudzał 66-letni ks. dziekan Jan Doering z Kokoszków, któremu władze II RP przyznały Order Polonia Restituta za działalność niepodległościową w zaborze pruskim: ledwie stał na nogach. Proboszcz z Grabowa ks. Bolesław Gordon (lat 53) trzymał się za brzuch; naczelnik więzienia kopniakiem przebił mu przeponę brzuszną. Ks. Gordon, rodowity bydgoszczanin, był w 1918 r. delegatem na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu. Los ks. Krzyżanowskiego już znamy.

Księża zostali ustawieni w szereg na korytarzu więziennym. Domyślali się chyba, co ich czeka. Jeszcze na dziedzińcu wzajemnie się wyspowiadali i jeden drugiemu dodawał otuchy. Sprzed bramy więzienia dobiegał terkot ciężarówki.

Lecz stało się coś dziwnego.

Wśród aresztowanych byli dwaj Niemcy: ks. Kasimir Schliep (lat 29), wikariusz z Lubichowa, i proboszcz z Bobowa ks. Josef Kuchenbecker (lat 58). Warto o nich pamiętać dziś, gdy na Pomorzu niektórzy duchowni za „wzór działalności ekumenicznej” uznają biskupa gdańskiego Carla Marię Spletta, który we wrześniu 1939 r. nakazywał wiernym modlitwy za Führera i zwycięstwo III Rzeszy.

Ks. Kuchenbecker nie posłuchał wezwania biskupa i hitlerowskich nakazów. Nie chciał brać udziału w farsie, odmawiając zgody na pochówek volksdeutschów rzekomo zamordowanych przez Polaków.

Był to ten ks. Kuchenbecker, który w 1919 r. odmówił parafianom zgody na śpiewanie „Boże, coś Polskę”, by nie czynić agory ze świątyni – w Polsce międzywojennej miano mu to za złe. 20 lat później, jesienią 1939 r., odmówił wygłaszania kazań w języku niemieckim dla swoich polskich parafian.

Wróćmy do więzienia. Skazańcy zgromadzeni na korytarzu usłyszeli krzyki w języku niemieckim. To ks. Josef Kuchenbecker gromił zbirów. Źle się to dla niego skończyło. Wspominał ks. Stryszyk: „Po chwili jednak urywają się tam za drzwiami krzyki, słychać rzężenie i jęki. Wreszcie otwierają się drzwi. Wychodzi ks. Kuchenbecker, lecz jakże zmieniony. Na czole wycięto mu nożem swastykę. Krew spływa mu obficie po oczach i wargach, plami ubranie. Ponieważ rąk z powodu zmasakrowania unieść nie może, by zetrzeć krew z oczu, posuwa się jakby omackiem ku naszemu szeregowi i dmucha, aby usunąć krew, zalewającą mu strumykami oczy i twarz”.

„Pytałem się pewnego razu Fasta, dokąd idzie wywożony transport księży. Odpowiedział mi, że do Bydgoszczy, 3 metry głęboko” – zeznał w 1946 r. emerytowany naczelnik starogardzkiego więzienia Marcin Żychski, który za okupacji został przymuszony do pomocy niemieckiej administracji. Odpowiedź Fasta była w połowie prawdziwa, nie zgadzał się tylko kierunek podróży duchownych z Kociewia.

Oddajmy ponownie głos ks. Ignacemu Stryszykowi, który relacjonuje, co się stało 16 października 1939 r. po wyjściu z „przesłuchania” ks. Kuchenbeckera: „Ja znowu oświadczam, że jestem jeńcem wojennym, i żądam przesłuchania przez sąd wojskowy. Po chwili jesteśmy na ciężarówce. W samochodzie cisza przerywana tylko tu i ówdzie szeptem modlitwy. Widzę zrezygnowane, pogodzone z losem twarze. Po chwili samochód staje. Wywołują: der Kriegsgefangene Ignatz Stryszyk raus [jeniec wojenny Ignacy Stryszyk wychodzić!]. Rzucam ostatnie pożegnalne spojrzenie braciom i opuszczam samochód. Widać, że mój protest uratował mi tym razem życie. Po chwili znajduję się w bramie więziennej. Odźwierny spojrzał na mnie jak na widmo zjawiające się w biały dzień. Zbladł i cofnął się”.

Ostateczne wątpliwości co do tego, dokąd wyjechali księża, wyjaśniła kolejna relacja, złożona przed sądem w 1946 r. Cztery dni po księżach do Lasu Szpęgawskiego wywieziono grupę nauczycieli, wśród nich Jana Kaczmarka z Żabna. W ostatniej chwili egzekucję odwołano, ale nauczyciel wrócił do więzienia dosłownie znad grobu. „Spód grobu pokryty był zwłokami ludzkimi, przy czym po widocznej jednolitej garderobie, a mianowicie po czarnych spodniach wszystkich pomordowanych, domyślam się, że mogli to być księża” – zeznał Kaczmarek.

Egzekucja księży była zaledwie preludium do mordów w Lesie Szpęgawskim, w wyniku których życie straciło około siedmiu tys. osób. Jako dziecko poznawałem historię z podręcznika, w którym napisano, że pierwsze masowe egzekucje cywilów na ziemiach polskich miały miejsce dopiero w grudniu 1939 r. w Wawrze i Palmirach. Las za oknem śpiewa inną pieśń: o krwi Pomorzan.

Część bohaterów dramatu przeżyła wojnę. Przywódca „Selbstschutzu” na okupowanym Pomorzu Ludolf von Alvensleben zmarł w 1970 r. w Argentynie. Jego starogardzcy poplecznicy doczekali emerytur w Niemczech. Nie dosięgła ich ziemska sprawiedliwość. Ks. Stryszyk przeżył wojnę i dał świadectwo. Zawdzięczamy je również innemu więźniowi Stutthofu i Oranienburga ks. Wojciechowi Gajdusowi, którego wspomnienia wydał w 1962 r. „Znak”.

Najbardziej zaskakująco potoczyły się pośmiertne losy ks. Kuchenbeckera. Wkrótce po jego śmierci wśród oprawców zapanował popłoch: z Gdańska nadeszła wieść, że księdza szuka minister spraw zagranicznych Rzeszy, który chciał go uczynić… mężem zaufania w „Okręgu Gdańsk – Prusy Zachodnie”.

„Szukać go będą zbiry, przesłuchiwać będą zbirów, aż wreszcie któryś się przyzna, że ów »mąż zaufania« III Rzeszy, Niemiec z krwi i przekonań, leży z innym również Niemcem ks. Schliepem we wspólnej mogile nad jeziorem Jammertal pod Starogardem” – pisał we wspomnieniach ks. Wojciech Gajdus (w kacecie nr 20998).

Legenda głosi, że jezioro leżące w środku Lasu, dziś zwane Płaczewskim, zawdzięcza swą nazwę zbrodni dokonanej w średniowieczu przez Krzyżaków. Jeśli opowieść ta jest prawdziwa, znaczy to, że zbrodnia lubi się powtarzać w tym samym miejscu. (-)

Dziękuję Honoracie Piłat ze Starogardu Gdańskiego za udostępnienie fotografii ks. Kuchenbeckera.

Artykuł ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” nr 4/2007.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *