Czas twardych sumień

Pewnego dnia, dokładniej 24 grudnia, moja żona przyprowadziła do domu obcego mężczyznę. Następnie oświadczyła, że spędzi on z nami święta Bożego Narodzenia. Rozdziawiłem gębę i próbowałem nieśmiało przebąkiwać, że święta są dla rodziny, że puste nakrycie przy stole, to tylko stara, nieświecka, tradycja, niezobowiązujący gest, że nikt tego nie bierze serio. Że gdyby nawet Pan nasz Jezus Chrystus zapukał do drzwi, to nikt by go do środka nie wpuścił, zwłaszcza że w świetle ostatnich ustaleń archeologów podobny był raczej do mikrusowatego romskiego grajka niż tlenionego Jima Morrissona. Nic to nie dało. U nas, jak w każdym porządnym kaszubskim domu, rządzi facet, ale ostatnie słowo należy do kobiety. Dlatego mrucząc pod nosem, pokornie zabrałem się za zmywanie garów. Ze wszystkich prac szefa kuchni, ta wychodzi mi najlepiej.

Świąt generalnie nie cierpię, bo wtedy każdy czegoś ode mnie chce, zabierając czas na czytanie. W ostatnich latach stopniowo się to zmienia dzięki moim po-Tomkom, więc głośno nie narzekam. Józefina święcie wierzy w świętego Mikołaja, a Franio na ten – i każdy inny – temat jeszcze się nie wypowiada, za to głosuje żołądkiem. Na jego umorusanej buzi, kiedy z miną konesera garściami próbuje ze stołu wszystkich wigilijnych potraw, widać zadowolenie. Jeszcze rok, dwa a może i ja do świąt się przekonam? I nie będę narzekał, że to nie data narodzin Jezusa, tylko Dzień Czcigodnego Słońca, ustanowiony przez cesarza Konstantyna Wielkiego, a więc pogaństwo, markujące chrześcijańską cnotę.

Nowy facet w moim domu – nazwijmy go Iksem – pomimo dawno osiągniętej pełnoletniości, brał święta dosłownie: Jezus właśnie się rodził, moc truchlała, do szopy w Betlejem zmierzali trzej magowie, pardon, królowie. Herod ostrzył sobie zęby na żydowskie niemowlęta płci męskiej. Baśniowa stylistyka z supermarketów stawała się rzeczywistością. Specjalnie dla Iksa wydobyłem z klamociarni magnetofon, żeby mógł posłuchać kolęd. Kiedy żona opowiedziała mi historię naszego gościa, szczęka mi opadła: urodził się w kaszubskiej rodzinie, w idyllicznie położonej wsi. I tu koniec idylli. Ojcem Iksa był jego własny ojciec (co logiczne), a matką – jego własna siostra (co zupełnie nielogiczne), którą tatuś był zapłodnił. Skutkiem ubocznym kochliwości tego naszego kaszubskiego Fritzla były schorzenia uwarunkowane genetycznie, które dotknęły także naszego gościa – syna i wnuka w jednym.

Zdrowe rodzeństwo traktowało Iksa nieco lepiej niż psa, a to tylko z tego powodu, że pies nie dostaje renty, którą można by przepić. Iks rentę miał, więc raz w miesiącu stawał się bohaterem dnia, dokładnie w chwili, gdy do drzwi dzwonił listonosz. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy Iks był jedynym żywicielem rodziny, ale na pewno ją nieźle poił, zresztą niepytany o zdanie. Iks także rodzinę ubierał, przynajmniej częściowo. Kiedy tylko dobrzy ludzie podarowali mu coś do ubrania, jego rodzeństwo miało wielką frajdę, a on pojawiał się następnego dnia w tych samych łachach, co wcześniej, z oczami zgnębionego spaniela.

Kiedy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, ktoś opowiedział mojej żonie o tym, że Iks co roku, właśnie w święta, zamykany jest w stodole przez rodzinę, która się go wstydzi. Bo co powiedzą sąsiedzi, że taki „gupek” siedzi z państwem przy jednym stole? Moja żona, kiedy usłyszała tę historię, zaprosiła Iksa do naszego domu, nie pytając mnie o zdanie. To znaczy zapytała, kiedy już wszystko zostało postanowione. Może i dobrze, bo w ten sposób i ja coś zyskałem. To były jedne z najważniejszych świąt w moim życiu. Pierwszy raz widziałem człowieka, który był szczęśliwy, bo miał własny pokój i własne łóżko – choćby na chwilę. Pamiętajcie o Iksie, gdy wydaje się wam, że los was ciężko doświadczył, bo nie stać was na wymarzone wczasy czy nowy samochód. Ja dzięki Iksowi przeszedłem cudowną przemianę, niczym Ebenezer Scrooge z Dickensowskiej „Opowieści wigilijnej”.

Oczywiście o sprawie Iksa, a zwłaszcza specyficznych relacjach w jego domu, wiedzieli mieszkańcy bogobojnej wsi. Nikt jednak nie przerwał zmowy milczenia, żeby ukrócić patologię. Kaszubski Fritzl nie trafił za kratki. Jak długo jeszcze podobne przypadki będą szeptaną publiczną tajemnicą? Më trzimómë z Bògã? Ale czy Bóg trzyma z nami, gdy mamy sumienia czyste, bo nieużywane? Może warto wstać od stołu i przejść się do stodoły? W końcu On nie narodził się w Holiday Inn, tylko w stajni. Może warto przerwać zmowę milczenia i podnieść słuchawkę, gdy widzimy, że dzieje się nieszczęście, że ktoś bije dziecko, własne lub przysposobione? Może to powinno być tak oczywiste, że nie warto nawet o tym pisać…?

Jedna myśl nt. „Czas twardych sumień

  1. ptaśka

    Podobną historię matki-siostry poznałam, gdy miałam niecałe 19 lat. A właściwie poznałam córki-bliźniaczki i siostry swojej matki, samej matki nigdy nie poznałam, ponieważ w jej roli występowała, oficjalnie, ich babka. Dowiedziałam się o tym od koleżanki-nauczycielki, która przedstawiła mi tę historię, bym w szczególny sposób zaopiekowała się dziewczynkami, wystarczająco już skrzywdzonymi przez życie, bym jeszcze ja – bardzo początkująca nauczycielka nauczania początkowego – coś do tego dołożyła przez swoją niewiedzę o ich sytuacji. Dziewczynki były różne, nie były do siebie podobne zewnętrznie, jedna miała spore trudności z nabywaniem umiejętności, które miałam dzieciom przekazywać, druga uczyła się łatwiej. W zasadzie niczym się nie różniły od reszty grupy, gdyby nauczycielka nie przedstawiła mi ich sytuacji domowej (hmmm), nie dostrzegłabym w nich żadnej „inności”. Czy zareagowałam w jakiś sposób, dowiadując się o tej sprawie? Tak, starałam się poświęcać dziewczynkom trochę więcej swojej najzupełniej nieprofesjonalnej uwagi. Czy ta sprawa była znana okolicznej społeczności? Z pewnością tak, skoro szkoła o tym wiedziała. Czy ktoś interweniował? Tak, pracownica socjalna dbała o to, by ta rodzina dostawała rzeczowe zapomogi. Czy ktoś zgłosił tę sprawę do prokuratury? Nie. I nie dlatego, że chciano zamieść sprawę pod dywan. Ojciec-dziadek był jedynym żywicielem (może w jego przypadku, to słowo było trochę na wyrost, ale jakieś pieniądze do domu przynosił) rodziny, matka-siostra została przez matkę-naturę obdarzona darem niepełnej sprawności psychicznej. Gdyby sprawa wyszła na jaw (tzn. trafiła do tzw. służb, bo w zasadzie była jawna), ojciec-dziadek trafiłby na garnuszek wszystkich podatników, rodzina – też (stałaby się stałym „beneficjentem” pomocy socjalnej), ponieważ w tym domu dzieci w różnym wieku było mnóstwo i matka-babka nie mogłaby pracować na ich utrzymanie, nawet gdyby pracę znalazła, a bliźniaczki pewnie trafiłyby do domu dziecka, ponieważ ich matka-siostra nie była zdolna do sprawowania opieki nad nimi. I co? W tej sytuacji należało „ukrócić patologię”? Nie zrobiliśmy tego, szkoła pomagała, jak potrafiła, pracownica socjalna też. I co? Rzucisz w nas kamieniem? Pewnie wielu osób będących „bohaterami” tej historii już nie ma wśród nas, to działo się 30 lat temu. W małej kaszubskiej wsi, w niedużej kaszubskiej gminie, w powiecie w samym środku naszego cudnego regionu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *