Każdy wygrywa [O „Panu Tadeuszu” w języku kaszubskim]

Do księgarń trafia „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza po kaszubsku. Któż lepiej zrozumie Polaka urodzonego na ziemiach białoruskich, rozpoczynającego swój poemat od słów „Litwo! Ojczyzno moja…”, niż Kaszubi… czyli Polacy?

Działalność publicystyczna, literacka i naukowa doktora medycyny Floriana Ceynowy (1817-1881) ze Sławoszyna pod Puckiem dała początek tzw. kwestii kaszubskiej. W dużym uproszczeniu da się ona sprowadzić do pytania: czy kaszubszczyzna jest gwarą języka polskiego, czy też samodzielnym językiem słowiańskim? Odpowiedź na to pytanie podzieliła na ponad sto lat nie tylko historyków i językoznawców.
Problem ten był groźny dla samych zainteresowanych już w okresie międzywojennym, a zwłaszcza za czasów PRL. Oskarżenia o proniemieckość musiały szczególnie boleć Kaszubów po drugiej wojnie światowej. Pomorze Gdańskie należało bowiem do ziem najwcześniej dotkniętych terrorem niemieckiej machiny wojennej. Niewiele brakowało, aby polskim komunistom udało się to, co nie udało się zaborcom – wykorzenienie kaszubszczyzny z życia codziennego. Kaszubi, będąc szykanowani za mówienie w języku pradziadów w polskiej – bądź co bądź – szkole, odchodzili od mówienia po kaszubsku.
Odrodzenie „języka regionalnego”
Odrębność językową „mowy kaszubskiej” kwestionują dziś nieliczni. Dla trzeciego pokolenia Polaków zrodzonego na tzw. Ziemiach Odzyskanych (w tym wypadku chodzi o zachodnią część byłego Wolnego Miasta Gdańska) straszak antyniemiecki stracił siłę rażenia. Z praktycznego punktu widzenia najistotniejsze okazało się ustawowe zagwarantowanie praw „użytkowników języka regionalnego” w ustawie o mniejszościach narodowych, etnicznych i języku regionalnym (2005) oraz poprzez ratyfikację (2009) europejskiej karty języków regionalnych lub mniejszościowych, będącej oficjalnym dokumentem Rady Europy. Szczególnie ważna okazała się standaryzacja pisowni kaszubskiej, reedycje słowników i tworzenie nowych oraz stopniowe wprowadzanie kaszubszczyzny do liturgii Kościoła rzymskokatolickiego. Warto wspomnieć także o inicjatywach tworzonych bez wsparcia instytucjonalnego, jak skaszubienie jednej z dystrybucji systemu operacyjnego Linux.
Termin „użytkownik języka regionalnego” przyjęty w polskim ustawodawstwie razi sztucznością, ale dzięki niemu Kaszubom udało się uniknąć ślepej uliczki, w którą zabrnęli Ślązacy. Rdzenni mieszkańcy Pomorza zabezpieczyli swoje interesy na tym samym poziomie, co mniejszości narodowe, omijając rafę „mniejszościowej” terminologii. Zresztą nawet deklaracje narodowości kaszubskiej złożone w spisie powszechnym (2002 r.) przez ok. 1 proc. półmilionowej społeczności kaszubskiej budzą mniej emocji niż pytania o orientację seksualną nauczyciela w wyznaniowej szkole. Kaszubskość została zdemitologizowana, oswojona i jak wszystko, co znane, jest niegroźna. Dzięki wzrastającej atrakcyjności kulturowej staje się też wyborem, opcją, tak jak strój czy fryzura. Coraz mniej dziwi widok Kaszuby, który powołuje się na wschodnie czy małopolskie pochodzenie rodziny. Rzec można: kto się lubi, ten się kaszubi!
To, że jest dobrze, nie znaczy, że nie może być lepiej. Pomimo niewątpliwych sukcesów Kaszubi wciąż nadrabiają straty z przeszłości. Czy wyjdą na prostą, zadecydują najbliższe dziesięciolecia. Relacji polsko-kaszubskich nie da się już wtłoczyć w prosty schemat dylematów narodowościowych. Kaszubi też służą w polskim wojsku – i giną w nim – w Afganistanie. Kim będą nasze dzieci, zadecydują w większej mierze ceny połączeń lotniczych do Wielkiej Brytanii i szersze trendy kulturowe niż spory ideowe z minionych stuleci. Jo! Ale jak to wszystko ma się do „Pana Tadeusza” po kaszubsku?!
It must be love
Kiedy w mediach pojawiła się informacja, że Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie wspólnie z Maszoperią Literacką z Gdańska opublikowało kaszubskiego „Pana Tadeusza”, część osób przyjęła tę inicjatywę z niedowierzaniem. Dlaczego wydaliśmy drukiem poemat, który Kaszubi znają w wersji oryginalnej? Po co w ogóle powstało to tłumaczenie?
Nie znajduję innego „wytłumaczenia” niż miłość. Tłumacz zakochał się w poezji Mickiewicza. Stanisław Janke z Wejherowa, człowiek rozlicznych talentów i ogromnej pracowitości, fascynuje się wieszczem od wielu lat, wpisując się twórczo w prawie 150-letnią tradycję Mickiewiczowskich inspiracji, żywą wciąż na Pomorzu. Warto wspomnieć, że pierwszy nakład „Pana Tadeusza” na ziemiach polskich wyszedł spod prasy Ernesta Lambecka w Toruniu.
Janke przełożył na kaszubski „Odę do młodości” i „Sonety krymskie”, zanim w ciągu trzech lat powstał „Pón Tadeusz”. Każdy, kto zada sobie trud zapoznania się z biografią tłumacza, a także poety, prozaika i dziennikarza, będzie zdumiony ogromem jego dokonań. Wystarczy wspomnieć, że jego wiersze tłumaczono z kaszubskiego na fiński, islandzki, rosyjski, włoski i piemoncki. Tymczasem w wielu zapowiedziach prasowych czy środowej (3 bm.) informacji o kaszubskim tłumaczeniu w „Teleexpressie” pojawia się nutka sensacji. Tak jakby fakt przetłumaczenia polskiej epopei na kaszubski był nie tyle istotnym wydarzeniem kulturalnym, ile ciekawostką w rodzaju cielęcia, które dzięki dwóm głowom dwie matki ssie. Janke odczytujący w telewizji inwokację, niczym Papuas recytujący magiczne zaklęcia, nie pasuje do obrazu człowieka instytucji, którą jest w istocie.
Co ma wiodro do pogody?
Dziennikarska maniera wyszukiwania pojedynczych słówek kaszubskich, które są zupełnie niepodobne do polskich odpowiedników, zastanawia brakiem głębszej refleksji. Czy to aż tak niesamowite, że dwa osobne języki mają różne słowa na oznaczenie tych samych pojęć? Kogo jeszcze dziwi, że „pogoda” po kaszubsku to „wiodro” (czytaj: wjodro), niech sprawdzi, jak to słowo brzmi po szwedzku, niemiecku, angielsku i serbsku, a przestanie się dziwić. Kaszubski to nie zepsuta polszczyzna. W czasach podróży św. Wojciecha do Prus rodzimi mieszkańcy „Urbs Gyddanzc” mówili językiem, z którego wprost wyrasta dzisiejsza kaszubszczyzna.
W sferze kultury Kaszubi stoją na uprzywilejowanej pozycji. Znając dorobek pradziadów, znają równocześnie ogólnopolski kontekst kulturowy. Tymczasem odbiorca bez powiązań kaszubskich skazany jest na wiedzę fragmentaryczną. Na razie polska szkoła mu nie pomoże w zmniejszeniu obszaru niewiedzy. W PRL wszystkich twórców kaszubskich wrzucano do worka z napisem „artysta ludowy”. Mniejsza o to, że ów przedstawiciel „ludu” skończył uniwersytet w Królewcu, Berlinie czy Monachium. Miał być ludowy, więc „był” ludowy. Nawet jeśli miał doktorat i mówił biegle w kilku językach. Jeśli kogoś zdumiewa, że tłumaczy się Mickiewicza z polskiego na kaszubski, to wspomnę, że w roku 2008 ukazały się drukiem „Treny” Jana Kochanowskiego w tłumaczeniu Janusza Mamelskiego, zaś liczba tłumaczeń z różnych języków wolno, lecz systematycznie rośnie.
Kaszubską edycję „Pana Tadeusza” wsparło finansowo Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Maszoperia Literacka wydała książkę w trzech różnych wariantach, w tym w wersji bibliofilskiej oprawianej ręcznie w pelplińskim Bernardinum w skórę. Książkę zilustrował trójmiejski artysta plastyk Jarosław Wróbel. Wysoki poziom edytorski dzieła jest zasługą wielu osób, ale człowiekiem, który z entuzjazmem przyjął pomysł Jankego, jest jego wieloletni wydawca Tomasz Żmuda-Trzebiatowski. Bez jego wiary i determinacji dzieło by nie powstało.
Kto kogo nobilituje?
Pierwsze oznaki wskazują, że „Pón Tadeusz” stał się dobrem pożądanym. Po promocji z udziałem Danuty Stenki i Macieja Miecznikowskiego, zaplanowanej na dzisiejszy wieczór (5 bm.) w muzeum w Wejherowie i na sobotę w Bytowie przy okazji dyktanda kaszubskiego, wydawnictwo zorganizuje kolejne spotkania. Napływają o nie prośby z całego Pomorza. Zamówienia na książkę docierały do wydawcy jeszcze zanim trafiła ona do drukarni! Nawet jeśli w prośbach tych dopatrzyć się można odrobiny snobizmu, to jest to przecież snobizm szlachetniejszej natury, niż ten, który polega na porównywaniu spojlerów w samochodach.
Paradoks może sprawić, że Stanisław Janke wejdzie do historii literatury kaszubskiej nie tyle jako samodzielny twórca, ile jako tłumacz, który benedyktyńską pracą przyczynił się znacznie do rozwoju kaszubskiego języka literackiego. Dodam nie bez ironii: mam nadzieję, że druga synteza literatury kaszubskiej powstanie w Polsce. Pierwszą napisał Austriak, w czasach gdy w Polsce takowej literatury nie było. Oczywiście oficjalnie.
Wypada się zgodzić z prof. Jerzym Trederem, który w komentarzu do dzieła zauważył, że „Pan Tadeusz” w pewien sposób nobilituje Kaszubów, „którzy w stosunkowo krótkim czasie i w bardzo niesprzyjających warunkach obiektywnych (np. brak powszechnej edukacji w kaszubskim języku) wykazali się zdolnością i odwagą, zrównując się z wieloma innymi narodami i językami, w których już wcześniej zaistniała polska epopeja narodowa”. Jednak historia Kaszubów na Pomorzu sięga w tak głębokie obszary średniowiecza, że nie było wówczas nawet mowy o państwie polskim. Związki Polski z Pomorzem są silne przez Kaszubów i dzięki Kaszubom. Także dzięki mocy samego języka, który, co prawda silnie pokaleczony, ale przetrwał tysiąclecia.
Nobilitacja? Oczywiście tak! Pamiętajmy jednak, że obydwie strony się tu nawzajem nobilitują. Każdy wygrywa!
Artykuł ukazał się 5 listopada 2010 r. w „Rejsach” – dodatku do „Dziennika Bałtyckiego”.

2 myśli nt. „Każdy wygrywa [O „Panu Tadeuszu” w języku kaszubskim]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *