Tu, na Westerplatte

W moim albumie znajduje się zdjęcie z wycieczki na Westerplatte, wykonane we wrześniu 1989 r., gdy zaczynałem naukę w liceum. Zapewne wielu z nas ma takie własne Westerplatte, utrwalone na papierze Orwo Color lub w odcieniach szarości. Westerplatte: symbol, przez władze PRL traktowany instrumentalnie.

Najbardziej charakterystycznym elementem krajobrazu dawnego skrawka Polski w Wolnym Mieście Gdańsku, jakim była Wojskowa Składnica Tranzytowa na Westerplatte, jest dziś bryła Pomnika Obrońców Wybrzeża. Granitowy, 25-metrowy obelisk stanął obok dawnego Basenu Amunicyjnego, na kopcu ziemnym, który powstał jako skutek uboczny prac melioracyjnych przy poszerzaniu kanału portowego. Sztuczne wzgórze, wznoszące się 22,5 metra nad poziom morza, odmieniło całkowicie pejzaż terenu w stosunku do stanu z 1939 r.

„Piszesz mi, że tam, gdzie była placówka »Prom«, jeżdżą spychacze (…). Tak, mój kochany, ja to rozumiem, to wszystko czynią, by po walkach na Westerplatte nie pozostało żadnych śladów, gdyż uważają, że cel naszej walki był inny i spychał w cień inne walki, gdzie brali udział ludzie mający dziś coś do powiedzenia, ale my musimy się z tym pogodzić, bo nas jest mało i jesteśmy wszyscy na niskich stanowiskach i dlatego nie mamy żadnego wpływu. Ale i tak dobrze, że na Westerplatte budują wspaniały pomnik obrony Wybrzeża, a to już ma pewne swoje znaczenie historyczne…” – tak pisał w 1965 r. chorąży Jan Gryczman (1898–1985) do Michała Gawlickiego (1898–1977), także uczestnika walk na Westerplatte.

Pepesza na pomniku

Konkurs na pomnik został rozpisany w 1964 r. Spośród 63 nadesłanych projektów wybrano ten autorstwa Adama Haupta, Franciszka Duszeńki i Henryka Kitowskiego z dzisiejszej Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Pierwsi dwaj artyści mieli właśnie za sobą realizację pomnika Pamięci Ofiar Obozu Zagłady na terenie Treblinki II.

W 1965 r. przypadała 26. rocznica wybuchu II wojny światowej. Pomnik na Westerplatte odsłonięto rok później, nie wykorzystując tej okazji. Trudno przypuszczać, aby był to niezawiniony poślizg. Raczej władze nie zamierzały szczególnie celebrować wydarzeń z roku 1939, co intuicyjnie zauważył w swym liście Gryczman.

Pomnik na Westerplatte odsłonięto 9 października 1966 r. – w roku „Tysiąclecia Państwa Polskiego”. Jego przekaz ideowy był swego rodzaju majstersztykiem komunistycznej socjotechniki. Wśród inskrypcji umieszczonych na pomniku znajdują się napisy niebudzące żadnych wątpliwości interpretacyjnych: HEL, OKSYWIE, WESTERPLATTE, KOSYNIERZY GDYŃSCY czy NARWIK. Nie wiadomo, jakie czyny polskiego oręża mają natomiast upamiętniać inskrypcje: LA MANCHE, DUNKIERKA, MORZE ŚRÓDZIEMNE, ATLANTYK i MURMAŃSK. Zapewne niejeden turysta zastanawia się dziś też, nad jakim wybrzeżem leżą miejscowości LENINO i STUDZIANKI. W ten sposób „inne walki” spychały w cień dokonania załogi Westerplatte, która w 1939 r. zamiast wytrwać na posterunku przez nakazane rozkazem 12 godzin, broniła się przez 7 dni.

Napis POCZTA GDAŃSKA jest natomiast przykładem ignorancji historycznej. W ówczesnych realiach nazwa ta odnosiła się bowiem do poczty niemieckiej, a nie Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku przy pl. Heweliusza, której obrońców ma upamiętniać. Także warstwa ikonograficzna pomnika jest na bakier z historią. Stojący na jego szczycie żołnierz i marynarz dzierżą wspólnie… pepeszę. Trudno przypuszczać, aby obrońcy Helu czy Westerplatte bronili się przed Niemcami w 1939 r. sowieckimi pistoletami maszynowymi. Ale cel tego zabiegu był jasny: pomnik upamiętniać miał także tę część polskich sił zbrojnych, która w czasie wojny walczyła u boku Sowietów.

Usłyszał, że „służył u Hitlera”

„Ogromny był moralny wpływ obrony Westerplatte na kraj. Uporczywa obrona tego skrawka ziemi polskiej (…) mobilizowała do walki cały naród. Obrońcy Westerplatte już w dniach wrześniowych zostali publicznie uznani za bohaterów, (…) ponieważ swoją skuteczną walką czynnie wcielali w życie ideał społeczny – obronę przed atakującym wrogiem – byli dowodem żywych wartości moralnych, zdolnych do przeciwstawienia się najazdowi; prezentowali narodowi, którego armia musiała się cofać od pierwszych dni wojny, jego utajoną moc. I za to od razu zostali wyniesieni na wyżyny bohaterskiej legendy” – pisał Zbigniew Flisowski w książce „Tu na Westerplatte”, która ukazała się w 35. rocznicę wybuchu wojny.

Kryjący się za tymi słowami patos nie powinien jednak przesłaniać nam rzeczywistości PRL-u. W sierpniu 1956 r. westerplatczyk Jan Ziomek (1898–1978) pisał do wspomnianego wyżej Michała Gawlickiego, który w 1945 r., po przeżyciach wojennych, osiedlił się w Gdańsku i był jednym z inicjatorów powołania Związku Obrońców Westerplatte, wchłoniętego następnie przez ZBOWiD: „Ja, Michaś, radia słucham, tylko broń Boże z Warszawy, bo oni takie banialuki walą, że się słuchać odechciewa. My na początku byliśmy »bandziory imperialistyczne«, a teraz trochę inaczej do nas podchodzą. (…) zaraz po wojnie nawet nie przyznawałem się, że byłem na Westerplatte. Jak siedziałem na UB, podczas spisywania moich danych personalnych, podałem służbę na Westerplatte. Okrutnie mnie wówczas pobili za to… że służyłem u Hitlera, bo to było – według nich – w Niemczech. (…) Taki był dla mnie początek Polski kochanej, gdzie byle jaki pastuch dorwał się do władzy w MO i UB. Teraz trochę ich rozgonili – pasą byki w PGR-ach”.

Ziomek miał więcej szczęścia niż lekarz z Westerplatte, kapitan Mieczysław Słaby (ur. 1905), który po powrocie z niewoli podjął służbę w Ludowym Wojsku Polskim. Aresztowany pod absurdalnymi zarzutami przez UB, zmarł w trakcie śledztwa w 1948 r.

Fasada i kulisy

1 września 1957 r. w Gdańsku odbywał się Zjazd b. Obrońców Wybrzeża. Dwa tygodnie wcześniej ponownie doszło do wymiany listów między Gawlickim a Ziomkiem, który, choć bardzo pragnął, zmuszony był odmówić przyjazdu: „Po pierwsze, że ledwie chodzę o kiju jedynie po chałupie. Po drugie, brak grosza na podróż do Gdańska. I tak dostatecznie zapożyczyłem się na leczenie, nie wiem, kiedy oddam… Jakbym wyczuł przedtem, że na stare lata taki żywot będę miał, wolałbym zginąć jak inni koledzy na polu chwały na Westerplatte czy w lesie… Co my, Michaś, użyli z tego świata, prawie że nic. Jedna wojna, później druga – no i niewola, to już było najgorsze, bo człowiek traktowany był gorzej bydlaka. A teraz ta Polska kochana! Nie wolno ci nic powiedzieć, że się krzywda dzieje. Powiedzą, że stopa życiowa podnosi się, a po naszemu stopa podnosi się – tylko, że palce z butów wyłażą”.

Gorycz przebijająca z tych słów stoi w sprzeczności z patetycznymi opisami dotyczącymi Westerplatte, które pojawiały się wtedy w oficjalnych publikacjach. Bo władze PRL zawłaszczały tę przestrzeń do celów propagandowych: żelaznym punktem wizyt przedstawicieli „bratnich” narodów lub partii było Westerplatte. Jednak największym echem w Trójmieście odbiła się wizyta prezydenta Francji Charles’a de Gaulle’a w 1967 r. Wielu Polaków zapewne widziało w nim nie tylko głowę państwa, ale i bohatera II wojny.

O ile Westerplatte było propagandowo użyteczne, jako miejsce heroicznego oporu przed Niemcami, o tyle sami westerplatczycy nie mogli liczyć na pomoc państwa, a wielu z nich cierpiało biedę. Schorowani po wojennych przejściach, zwłaszcza w niewoli, nie zawsze byli w stanie zapewnić utrzymanie sobie i rodzinom. Wprawdzie czasem byli potrzebni do legitymizacji kolejnych obchodów, ale na co dzień (z wyjątkami) władze ich ignorowały.

Dotyczy to nie tylko czasu po Październiku 1956 r., ale całego okresu PRL-u. W 1970 r. samobójstwo popełnił strzelec Józef J., którego – według relacji wdowy – skłoniło do tego poczucie krzywdy w związku z niedocenianiem jego wojennych zasług przez ZBOWiD.

To najbardziej drastyczny przypadek. Pozostali westerplatczycy z mniejszą lub większą pokorą znosili swój los, odchodząc z tego świata – najczęściej z poczuciem krzywdy. (-)

http://tygodnik.onet.pl/35,0,24978,tu__na_westerplatte,artykul.html

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk całości lub fragmentu bądź publikacja w innej formie wymaga zgody autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *