Wyznania „prowodyra”. Głos w dyskusji o hymnie kaszubskim

W ostatnim numerze „Pomeranii” Teresa Hoppe podjęła się obrony „Marsza Kaszubskiego” Hieronima Derdowskiego, przez wielu Kaszubów, może nawet przez większość uznawanego za hymn. Przy tej okazji zarzuciła mi, że na portalu „Nasze Kaszuby” napisałem obraźliwy tekst, ośmieszający hymn kaszubski, mieszając do tego ks. Zbigniewa Kulwikowskiego, który wcześniej brał udział w debacie radiowej i prasowej na ten temat. Przyznaję się do braku szacunku dla tzw. hymnu kaszubskiego autorstwa H. Derdowskiego, co wyraziłem wielokrotnie nie tylko w prozie, ale i w wierszu „Hymn kaszubski, czyli polski”, opublikowanym przed kilku laty w undergroundowym lubelskim czasopiśmie „Ulica Wszystkich Świętych”. Od razu wyjaśniam, że piszę „tzw. hymnu”, gdyż sam autor utworu tak go nie nazwał – jest to więc jedynie konwencja, w dodatku nie akceptowana przez wszystkich. Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, jakobym do czegokolwiek „mieszał” ks. Zygmunta Kulwikowskiego. W cytowanym wyżej zdaniu Teresy Hoppe dostrzegam zresztą sprzeczność logiczną. Jak mogłem „wmieszać” do dyskusji osobę, która sama brała udział w debacie radiowej i prasowej na ten temat? Aby nie być gołosłownym, zacytuję początek tekstu, który pleban z Żelistrzewa przesłał do redaktora portalu Nasze Kaszuby z prośbą o jego publikację: Od kilku miesięcy, ludzie nie będący Kaszubami, a osiedleni na kaszubskiej ziemi, a także sami Kaszubi o poglądach liberalnych oraz spod znaku cyrkla, fartuszka i słoneczka czynią starania o zmianę znanego i bardzo cenionego od dawien dawna hymnu kaszubskiego: „Tam gdze Wisła òd Krakòwa”. Dalej stawia on tezę i próbuje ją udowodnić, że głównym zamysłem osób czyniących starania o zmianę hymnu kaszubskiego jest usunięcie z niego odwołania do Boga.

Strzelanie sobie w stopę

Jeśli dyskutant (niezależnie od jego statusu społecznego) już na początku debaty wytacza najcięższe działa, zarzucając adwersarzom bezbożność i sugerując, że należą oni do stowarzyszeń masońskich (sądzę bowiem, że figura retoryczna o cyrklu, fartuszku i słoneczku nie odnosiła się do skąpo odzianego geodety biegającego po polu w upalne popołudnie), do których przynależność z mocy prawa kanonicznego powoduje ekskomunikę z Kościoła Rzymskokatolickiego, oznacza to, iż jego zamysłem jest dyskredytacja przeciwników ideowych w oczach społeczności kaszubskiej. Uznałem, że dyskusja z ks. Kulwikowskim przy przyjmowaniu tego rodzaju założeń wyjściowych ma mniej więcej taki sens, jak negocjacje podziemnego rządu RP z generałem Iwanem Sierowem.

Ze wszystkich zarzutów, które wyszły spod pióra duchownego, przyznaję się jedynie do liberalizmu, gdyż słowo to ma dla mnie konotacje jednoznacznie pozytywne. Sięgając do łacińskiego źródłosłowu tego terminu, dowiadujemy się, że „liber” oznacza człowieka wolnego. Wolność jest dla mnie wartością najwyższą, wyższą nawet niż życie samo. Nie warto żyć, będąc zniewolonym, czy też znosząc z pokorą ów stan. Powstaje jednak problem, czy „wolność” jest kategorią chrześcijańską? Jest to pytanie o charakterze retorycznym, skoro autor „Listu do Galatów” powiada, że „Do wolności wyswobodził was Chrystus” (5,1). Uważam zatem, że stawiając w jednym rzędzie przeciwników wiary i ludzi miłujących wolność, duchowny z Żelistrzewa strzelił sobie w stopę.

Spieranie się jest dobre

Wracając do tekstu Teresy Hoppe, nie będę odnosił się do szczegółowej argumentacji za „hymnem” Derdowskiego, ponieważ czyniłem to kilkakrotnie w innym miejscu. Ostatnio na łamach „Dziennika Bałtyckiego” (z 30 czerwca 2006 r.) w artykule „Niech każdy śpiewa swój hymn”, polemizując z prof. Józefem Borzyszkowskim. Tu powtórzę jedynie konkluzję: Zwolennicy pieśni Derdowskiego powołują się na jej długoletnią tradycję, dzięki której jakoby jest ona lepsza od pieśni Trepczyka. Jednak tradycja to nie Mojżeszowe tablice spisane w kamieniu, tylko pulsujące źródło żywej kultury, z którego pewne elementy się wybiera, a inne odrzuca lub marginalizuje. Gdyby było inaczej Kaszubi wyznawaliby dziś „tradycyjne” pogaństwo, „tradycyjnie” uprawiali piractwo morskie, używali „tradycyjnych” lamp naftowych i śpiewali „tradycyjny” hymn Cesarstwa Niemieckiego „Boże chroń naszego cesarza”, którego przecież uczyli się w szkołach nasi pradziadowie.

W dyskusji na temat tego, która pieśń powinna pełnić rolę hymnu i lepiej się do tego nadaje nie tylko ze względu na tradycję, ale i funkcje pełnione przez tego rodzaju pieśń, przytoczono już większość możliwych argumentów. Ostatnio uczynił to Dariusz Szymikowski, opowiadając się zdecydowanie za „Zemią Rodną” Jana Trepczyka. Podzielam jego tezy, dostrzegając w nich także echa moich wcześniejszych wypowiedzi. Nie wdając się w analizę filologiczną obydwu pieśni, pragnę zaznaczyć, że spór o hymn jest dla mnie objawem jak najbardziej zdrowym i – paradoksalnie – świadczy o dobrej kondycji społeczności kaszubskiej. Jeśli się spieramy, to znaczy, że jeszcze nam na Kaszubach zależy. W istocie bowiem jest to spór nie o tę czy inną linijkę tekstu lub jego melodię, tylko o tożsamość kaszubską – o to, kim jesteśmy my, kim będą nasze dzieci i wnuki.

Polska wiara

Rację ma Teresa Hoppe, pisząc, że krytykom pieśni Derdowskiego najbardziej przeszkadzają słowa polska wiara, polska mowa. Jako osoba poczuwająca się do narodowości kaszubskiej źle bym się czuł będąc przymuszany do śpiewania pieśni, która gloryfikuje polską mowę, choćby dlatego, że przez lata komunistycznej opresji władza ludowa i jej janczarowie – także kaszubskiego pochodzenia – utrzymywała, że nie istnieje coś takiego jak język kaszubski. Jako chrześcijanin konfesji augsburskiej czuję się natomiast nieswojo, gdy kwestie wyznania rzymskokatolickiego wynosi się na sztandary i łączy z tą czy inną narodowością. Wolałbym, aby sprawy wiary były nie tyle przedmiotem deklaracji czy hymnów, ile kwestią sumienia i działania zgodnie z prawdą, którą się wyznaje. Za zupełne nieporozumienie uważam także powielanie kontrreformacyjnego stereotypu Polak-katolik, Niemiec-luteranin. Zagrożenia związane z tego rodzaju uproszczeniem rozumiał dobrze dr Florian Ceynowa, tłumacząc na nasz język ojczysty „Mały Katechizm” ks. dr. Marcina Lutra. Niestety, był w swojej trosce o Kaszubów-luteran osamotniony, dlatego nie wytworzył się w XIX wieku ponadreligijny wzorzec kaszubskości. Dziś nie ma już pośród nas Słowińców, bo kilkadziesiąt lat po Ceynowie więcej ich łączyło z luterańskimi Niemcami niż z katolickimi pobratymcami – Kaszubami i opuścili Polskę nie tylko z powodu fatalnej polityki władz, ale i z poczucia wyobcowania.

Słowińców nie ma, są za to Kaszubi innych wyznań, na przykład prawosławnego, są także agnostycy i ateiści. Byłoby dobrze, gdyby żaden z nich nie czuł się teraz i w przyszłości Kaszubą pośledniejszej kategorii tylko dlatego, że nie podziela „polskiej wiary”. Jeśli chcemy oddawać cześć Bogu, śpiewajmy psalmy i chorały, a nie hymn kaszubski. Mieszanie spraw transcendentalnych z doczesnym prowadzi zwykle do instrumentalizacji religii, co daje się także zauważyć w obrębie samego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Znam Kaszubów, których religijność zanika w momencie, gdy z zebrania wychodzi ekipa telewizyjna.

Elity kaszubskie u progu XX wieku nie miały przed sobą „trzeciej drogi” kaszubskiej, stojąc więc w rozdarciu pomiędzy kulturą polską i niemiecką, wybrały tę pierwszą, abyśmy nie przepadli w otchłani historii niczym Wieleci, Obodryci czy Prusowie. Chwała młodokaszubom i ich następcom, za „Realpolitk” i hasło „co kaszubskie to polskie”, które na owe czasy było skuteczną formą obrony przed germanizacją. Jednak dwie wojny światowe już dawno się skończyły, kontekst waśni polsko-niemieckich, sporów granicznych, terytorialnych i „o rząd dusz” mamy już na szczęście za sobą. Dlatego uważam, że na dzień dzisiejszy aktualne jest inne hasło: „Co kaszubskie to kaszubskie, a co polskie to polskie”. Nie spotkałem jeszcze w dziejach świata grupy, która chciałaby zachować własną odrębność podkreślając elementy, które łączą ją z sąsiednim narodem, a nie te, które ją od niego różnicują. Jesteśmy więc pewnego rodzaju kuriozum, nie chciałbym powiedzieć anomalią.

Gwałt na tożsamości

Rozmawiałem niedawno z wybitnym naukowcem kaszubskim o naszej historii. Na koniec zapytałem, ile z jego dzieci jest Kaszubami. Co odrzekł…? „Ja jestem ostatni”. Odpowiadając na inne „prowokacyjne” pytanie ten sam człowiek wprost przyznał to, czego nie wyczytamy w jego dziełach – na Kaszubach wszystko zmierza do ujednolicenia, inaczej mówiąc do polonizacji. Jego zdaniem to proces naturalny, od którego nie ma odwrotu. Jeśli wszystko zostanie tak jak jest, jeśli odpowiada nam rola mniejszości „filologicznej”, to z bólem serca będę musiał przyznać profesorowi rację. Póki co jej odmawiam twierdząc, że najpierw należy wzmacniać kaszubską świadomość i poczucie odrębności, a za tym samoistnie pójdzie pragnienie ocalenia języka.

Nie jestem wrogiem Polski ani Polaków. Nienawiść to uczucie, które najbardziej niszczy tego, który nienawidzi. Jako chrześcijanin staram się przed nim bronić. Nie znaczy to jednak, że w imię dobrych relacji z polską większością, a zwłaszcza z polską władzą, gotów jestem wyzbyć się własnej tożsamości i śpiewać pieśń o tym, iż to co mi najdroższe, jest polskie. Jestem Kaszubą, Pomorzaninem, Kociewiakiem, ale nie Polakiem, chyba że za definicję polskości przyjmiemy roboczo posiadanie polskiego obywatelstwa – wówczas gotów jestem uznać się za rodaka Rogera Guerreiry, Emmanuela Olisadebe i Aloszy Awdiejewa. Dodam jeszcze, że w przeszłości istniał model polskości, w którym czułbym się „u siebie”. Symbolizowało go pojęcie „Korona Królestwa Polskiego”. Polakiem był wówczas ten, kto zachowywał lojalność wobec królestwa i uczciwie wypełniał swoje obowiązki, niezależnie od tego jakiej był religii i języka. Niestety, w czasach bardziej nam współczesnych pojęcie „polskości” i „patriotyzmu” zostało zawężone oraz zawłaszczone przez ideologię postendecką. Nie ma w niej miejsca dla Kaszubów, Ślązaków i Żydów.

Przedstawione powyżej przyczyny sprawiają, że nie mogę śpiewać pieśni, która dokonuje symbolicznego gwałtu na mojej tożsamości. Niestety, docierają do mnie sygnały świadczące o tym, iż w ZKP podjęto próby, aby gwałt ten usankcjonować i zadekretować, że hymnem kaszubskim jest pieśń Hieronima Derdowskiego. Zrzeszenie zawsze szczyciło się szerokim zakresem wewnętrznego pluralizmu – choć losy Aleksandra Labudy, Jana Trepczyka i Jana Rompskiego świadczą, że nie zawsze słusznie – ale jeśli wolność sumienia jest dla nas rzeczą istotną, żaden Kaszuba nie ma prawa narzucać drugiemu Kaszubie jaką pieśń powinien uważać za własny hymn. Zmienię zdanie, jeśli powstanie pomorski parlament wybrany w demokratycznych wyborach i uchwali hymn, z którym będą mogli utożsamiać się wszyscy Pomorzanie, niezależnie od pochodzenia etnicznego.

Język stanu wojennego

Artykuł Teresy Hoppe, podobnie jak jej wcześniejsze wypowiedzi w internecie, jest mocno nacechowany emocjonalnie. Autorka ma poczucie misji i walki o słuszną sprawę. Cieszę się, że są pośród nas nie tylko politycy, ale i ludzie, którzy mają własne poglądy i ich bronią, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam. Martwi mnie jednak poziom tej debaty. Język ostatniego artykułu pełen jest epitetów. Zwolennicy pieśni Trepczyka, to – zdaniem T. Hoppe – „kilka młodych stażem i wiekiem osób”, które uzyskują w „raczej peryferyjnych, środowiskach kaszubskich posłuch”, „grupa ta uzurpuje sobie prawo do manipulacji”, a jej domniemani członkowie wymienieni z nazwiska, to „prowodyrzy”. Język, którym operuje autorka nie jest językiem dialogu, tylko stanu wojennego – dosłownie i w przenośni. Ustawiczne podkreślanie „młodości” przeciwników ideowych świadczyć ma chyba o niedojrzałości. Byłbym jednak ostrożny w takim rozkładaniu akcentów, ma ono bowiem niewiele wspólnego z rzeczywistością – znam zwolenników pieśni „Zemia Rodnô” jako hymnu kaszubskiego, którzy dobiegają siedemdziesiątki. Ponadto doświadczenie podpowiada mi, że w wieku technologii cyfrowych i swobodnego przemieszczania się, osoby starsze również mogą czegoś się nauczyć od młodszych, oczywiście jeśli zechcą.

(…) demokracja bez uszanowania autorytetów staje się po prostu anarchią, która prowadzi nie do zwycięstwa, lecz do zguby. Czy tego chcemy dla kaszëbizny? – zapytuje T. Hoppe zwolenników „Zemi Rodnej”. Jako jeden z nich odpowiadam: oczywiście, że nie! Jednak demokracja zbytnio zapatrzona w autorytety wyradza się w autorytaryzm, a jeszcze częściej w serwilizm. Nie tak znowu dawno Jan Trepczyk, jeden z najwybitniejszych poetów kaszubskich, był atakowany w ZKP za swoje poglądy. Twierdził bowiem, że kaszubszczyzna to odrębny język słowiański, a nie polska gwara. Jego utytułowani przeciwnicy zarzucali mu – o ironio – brak szacunku dla autorytetów naukowych i brak wykształcenia. Sytuacja uległa zmianie dopiero wówczas, gdy „nieuka” Trepczyka wziął w obronę utytułowany naukowiec – co charakterystyczne – spoza naszego hermetycznego środowiska, który zajmował się badaniem peryferyjnego ludu na wyspach japońskich. Kto wie, czy w późniejszym okresie doczekalibyśmy się ustawy chroniącej i sankcjonującej status prawny kaszubszczyzny jako odrębnego języka, gdyby nie upór samotnego poety? Widzimy więc, że wolność jest niekiedy nie tylko wolnością „w” czy wolnością „ku”, ale i wolnością „od” autorytetów. W tym miejscu cisną mi się na usta słowa Czesława Miłosza („Traktat moralny”):

Nie jesteś jednak tak bezwolny,

A choćbyś był jak kamień polny,

Lawina bieg od tego zmienia,

Po jakich toczy się kamieniach.

Słowa i szable

Jeśli zależy nam na jedności Kaszubów, nie tylko postulowanej, ale rzeczywistej, to powinniśmy rozmawiać używając argumentów, a nie na epitetów. Teksty Teresy Hoppe (cytuję za portalem „Nasze Kaszuby” z 28.02.2008 r.) przesycone są dydaktyzmem (Zapewne znalazłabym więcej dowodów pisanych na temat hymnu, ale na razie wystarczy), paternalizmem (Mam nadzieję, że Pan wie kim był Tadeusz Bolduan) i przeświadczeniami niekiedy opartymi na założeniach, z którymi trudno na serio polemizować, gdyż mają wymiar nieomal kabaretowy. Aby nie być gołosłownym, przytoczę skierowane do mnie pytanie: Ciekawe czy autor robi to [tj. zdaniem T. Hoppe „ośmiesza hymn kaszubski”] sam od siebie, czy go ktoś inspiruje, a może nawet mu za to płaci? I dalej: Proszę autora, żeby ten nieudolny bełkot wyciszył (…). W ten sposób dyskusji wpisuje się znana wypowiedź prof. Józefa Borzyszkowskiego, który zwolenników „Rodnej Zemi” jako hymnu kaszubskiego nazwał „szalikowcami”. Ponieważ wszyscy dotychczasowi dyskutanci zabierający głos w sprawie hymnu to osoby wykształcone, możemy prześcigać się w słownych zaczepkach do nieskończoności, zamiast uznać, że warto podjąć rzeczywisty dialog. Słowne bitwy są zawsze lepsze niż potyczki na szable i kłonice, jednak zdaje mi się, że wśród tych, którzy „trzymają z Bogiem” tego rodzaju miłość bliźniego zwyczajnie trąci hipokryzją.

Dopóki nie uzgodnimy jednolitego stanowiska, choćby miało to trwać lat trzydzieści, dopóty każdy z nas powinien mieć możliwość śpiewania takiego hymnu, jaki jest najbliższy jego sercu. Dlatego choć sam nie przepadam za „Marszem Kaszubskim”, wstaję z krzesła, gdy śpiewają go inni Kaszubi, nie przez szacunek dla pieśni, ale dla nich samych. Przyznam, że musiałem dojrzeć do takiej postawy. Jeśli zostanę przymuszony przez Zrzeszenie do uznania tej pieśni za własny hymn, to będę zmuszony – z bólem serca – opuścić jego szeregi. Celem nadrzędnym dla mnie nie jest bowiem istnienie naszej organizacji, tylko odrodzenie tożsamości kaszubskiej i jej rozkwit także na tych terenach historycznego Pomorza, z których nasi ojcowie zostali wyparci. Pieśń Hieronima Derdowskiego, postaci niewątpliwie utalentowanej i wybitnej, nie oparła się próbie czasu i temu celowi już nie służy. (-)

Tczew, 9/10 czerwca 2008 r.

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Pomerania” nr 7-8, 2008.

2 myśli nt. „Wyznania „prowodyra”. Głos w dyskusji o hymnie kaszubskim

  1. Michôł

    Nie wiem dlaczego drażni Cię zwrot „polska mowa” w „hymnie” skoro dla większości Kaszubów to właśnie ten język jest językiem codziennej komunikacji, nawet z innymi Kaszubami. Ba, większość artykułów dotykających „narodowej sprawy kaszubskiej” pisanych jest w mowie naszych południowych współobywateli 😉 Język kaszubski nie mając wsparcia u młodych, wykształconych ludzi szybko zaniknie. Może więc pieśń napisana raczej niezbyt literacką kaszubszczyzną (żeby tak to ładnie i nieobraźliwie ująć) doskonale się tu broni? Kto chciałby śpiewać hymn w języku, którego najzwyczajniej w świecie nie zna?

    Odpowiadam: Większość Irlandczyków mówi po angielsku. Nie sądzę jednak, żeby było wśród nich tyle samo zwolenników opiewania w pieśniach (a zwłaszcza w hymnie) piękna „angielskiej mowy”. Artykuły dotyczące kaszubskiej tożsamości narodowej piszemy dziś po polsku dlatego, że tekst po kaszubsku dotarłby do mniejszej liczby osób i spotkał się z minimalnym oddźwiękiem. W XIX w. czeskie elity chcąc rozbudzić świadomość narodową pisały po niemiecku, bo to był właśnie język czeskiej inteligencji.

    Patrząc na ten spór o wiodąca pieśń niejako z boku mam wrażenie, że dotyczy nie tyle sprawy hymnu, ale w ogólności postrzegania Kaszubów jako odrębnej narodowości przez jedną stronę a jako nieznacznie odrębnych, ale mimo wszystko Polaków przez drugą. Przy czym wydaje mi się, że w momencie kiedy wymrze już grupa, nazwijmy ją „propolska” zniknie też opcja „prokaszubska”, bo chyba tylko ten ideologiczny spór pokazuje, że Kaszubi jeszcze istnieją 😉

    Odpowiadam: W wielu miejscach pisałem, że to nie jest spór o pieśń tylko o tożsamość. Ale przecież ta tożsamość powinna się godnie wyrażać w pieśni nazywanej hymnem. Co do reszty się nie wypowiadam, bo nie mam czasu na dykteryjki (bez urazy).

    A co do ZKP, jej roli, naszej w nim obecności, działalności jej członków to wiele można pisać 🙂 Gdyby zainteresowanie sprawami kaszubskimi wśród młodych, liberalnie nastawionych ludzi było większe, to jestem pewien, że organizacja ta miałaby konkurencję. A tak mamy to na co sobie zasłużyliśmy 😉

    Odpowiadam: Przeczytaj uważnie „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej, to zrozumiesz dlaczego młodzi mało się garną do spraw kaszubskich…

    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
  2. Michôł

    Nie pisałem, że nie rozumiem tego, tylko wyartykułowałem myśl, że gdyby zainteresowanie było większe, itd. Nawet bez czytania tej książki zdaję sobie sprawę dlaczego ludzie, nie tylko młodzi, nie garną się do spraw kaszubskich.
    Kaszubi nie Irlandczycy, nie ma tutaj silnego parcia na niezależność toteż i dominujący, nie swój język generalnie nie przeszkadza.
    Jak dla mnie EOT, bo hymny, narody i ich tożsamości to chyba nie moja broszka. Poza tym uraziło mnie, że nie masz czasu na dykteryjki 😉
    Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *