Remanent

Uchylę rąbka tajemnicy: felieton na grudzień piszę już w listopadzie, w grudniu na styczeń i tak dalej. Tak więc kiedy u Państwa jest luty, ja wciąż tkwię w okolicach Bożego Narodzenia, które właśnie obchodzą prawosławni Kaszubi, albo w pobliżu Trzech Króli, świętowanych przez resztę pomorskich rodaków. Mam nadzieję, że mnie szefowa nie prześwięci za to, że zdradzam sekrety redakcyjnej kuchni. Gdyby tak miało być, zobowiązuję się w ramach pokuty wykuć na pamięć pieśń „Tam gdze Wisła òd Krakòwa” razem z refrenem i straszyć nią kaszubskie dzieci. Chodzi oczywiście o mój wokal, a nie o przesłanie ideowe, które jest słuszne, skoro słuszne być musi. Vox populi vox Dei.

Nowy rok to czas rozliczeń i porachunków, nie tylko w handlu. Porachowałem więc znajomych i przyjaciół, ale jakbym nie rachował, nijak nie mogę się wszystkich doliczyć. Robią mi na złość i umierają, a ja wciąż muszę się użerać z tym światem. Jedna tylko myśl mnie pociesza, że w końcu odgryzę się żywym i zstąpię na dno piekła, gdzie ciepło i przytulnie. Wreszcie będzie czas by pogadać osobiście z arcybiskupem i prałatami o tym jak się ma ewangeliczny ideał ubóstwa do praktyki dnia codziennego, albo dlaczego ludzie istniejący tylko potencjalnie (in vitro) są dla Kościoła Matki Naszej ważniejsi od tych, którzy już żyją, czują i tęsknią za własnymi dziećmi? Sam nijak nie mogę tego rozgryźć.

Święta przeżyłem radośnie – już po pierwszym listopada w sklepach rozlewała się niczym kipiące mleko tradycyjna nadwiślańska melodia „Last Christmas”. Później do Georga Michaela dołączyli Shakin Stevens oraz Krzysztof Krawczyk i zrobiło się przytulnie, zwłaszcza gdy zrobił się zator „na kasie”. Jednak pełni radości, potocznie zwanej nirwaną, doświadczyłem w samo Boże Narodzenie, kiedy sąsiedzi z góry włączyli „techniawę” (the młockarnia polish music), a ich pociechy wrzuciły na klatkę schodową dwie petardy. Moja żona, która ma powić dziecię w końcu stycznia, byłaby się pospieszyła wnet o miesiąc cały, tak podskoczyła do góry ze wzruszenia. To dobrze, że są jeszcze ludzie, którzy lubią bezinteresownie dzielić się z innymi swoją radością.

Uwielbiam czas świątecznego skupienia, gdy naród kupuje opłatki na sztuki a wódkę na kartony i tylko czasem przez głowę przemyka mi iście Brechtowska myśl, żeby wybrać sobie inny naród. Coś mnie tu jednak trzyma i przygina do ziemi. Myślę sobie, że jeśli nie jest to patriotyzm, to pewnie będzie reumatyzm. Za daleko jednak odbiegłem od tematu wigilijnej wieczerzy.

Pocieram czoło i sprawdzam, kto tym razem zrobił mi na złość. Żal ściska za gardło, gdy pomyślę, że już nigdy nie usiądę przy wspólnym stole z Panią Doktor Zofią Kratochwil, jak przed laty w warszawskim klasztorze oo. Kapucynów na Miodowej, gdzie zapoznała mnie z moją własną rodziną; rycerzem Mikołajem z Piechowic, który poległ w ostatniej wojnie z Krzyżakami w 1521 r., studentem medycyny Konradem Piechowskim z Kościerzyny zamordowanym przez NKWD w Starobielsku i jego bratem Wojciechem, polskim oficerem spod Monte Cassino. Dzięki Niej wsiadłem na rower i dojechałem do Stężycy, Czarliny, Piechowic, Dziemian, Łukocina i Rokitek, odkrywając że Ziemia Święta leży pod moimi stopami pośród modrych wód i leśnych piasków. Nie trzeba daleko jej szukać.

Pani Zofia przeżyła dziewięćdziesiąt osiem lat, prawie do końca pochylona nad książkami po polsku, niemiecku, łacinie i francusku, czytanymi bez pomocy słowników. Zmarła 29 października 2007 r. w Kobyłce pod Warszawą, z daleka od umiłowanego Lwowa. Jego fragment odnalazła nad Motławą – będąc w grodzie Świętopełka zawsze szła złożyć kwiaty pod pomnikiem króla Jana, który w pewien sposób też jest lwowskim wygnańcem.

Zofia Maria Kratochwil – tytan naukowej pracy, arystokratka ducha. Człowiek tak przeraźliwie skromny, że w końcu musiał zniknąć.

Boże, jak ta cisza krzyczy. (-)

——–

Druk: „Pomerania” nr 2/2008.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *